Sąsiedzie, niech się licho weźmie
wrzesień 26, 2006
Kilka lat temu skorzystał z oferty pracy i wyjechał za granicę. Nie znał żadnego obcego języka. Biegle natomiast posługiwał się „podwórkową łaciną”. To mu wystarczyło! Pomiatany w Polsce, nagle stał się wielkim Amerykaninem. Dwa razy w roku odwiedzał rodzinny kraj. Czasami Polacy odczuwają nostalgię za ojczyzną i stolicą. Chciał nawet zdobyć kobietę życia, koniecznie Polkę. Nie bardzo podobało mu się życie Amerykanek. A on miał wpojone pewne zasady. Praktycznie poszukiwał kury domowej, a nie żony. Był zwolennikiem rodzimej kuchni. Nieraz w Ameryce marzył o polskim bigosie, schaboszczaku, czy makowcu. Nawet w agencji towarzyskiej w Warszawie nie znalazł odpowiedniej dla siebie kandydatki. Swój zapał i pieniądze postanowił ulokować w budowie wymarzonego, własnego domku. I tu kuźwa (jego ulubione powiedzonko) zaczęły się mnożyć problemy. Trzeba było sąsiadowi skrócić działkę, by móc postawić swój dom. Nie pierwszy raz przekonał się, że pieniądze mają zbawczą moc. Z wielką pompą zatrudnił pracowników przy budowie domu. Nie byli to wykwalifikowani robotnicy. Tacy nie pozwoliliby sobą pomiatać. A on musiał wszystkim udowadniać, jaki z niego wielki pan. Szykanom i wyzwiskom nie było końca. Nawet przez zamknięte drzwi i okna sąsiedzi Amerykańca wysłuchiwali jego nieokrzesanego języka. Do budowy domu zwoził tylko reklamowane produkty. A co! Niech sąsiedzi wiedzą z kim mają do czynienia. Widać było, że robotnicy tańczyli, jak im zagrał. Suto serwowane piwo rozwiązywało niecodzienny język Amerykańca. Dom wyrastał w żółwim tempie. Amerykaniec w tajemnicy przed robotnikami wczytywał się w różne porady i książki. Chciał zabłysnąć wiedzą. Wieczorami włączał swój komputer i drżącymi rękoma wystukiwał koszty podatków. Swoje zdumienie okazywał amerykańsko-polską łaciną podwórkową i fruwającymi butelkami po piwie.
Wreszcie zamieszkał w wymarzonym domku. Pewnego dnia silna wichura zerwała dach jego domu (zapomniano przykręcić blachę), a krzywo wprawione okna spadały na podwórko sąsiadowi z głośnym brzdękiem tłuczonego szkła. Zawalił się nawet murek podpierający taras. Skacowany Amerykaniec w samych slipkach wybiegł przed dom. Jego pomstowanie słyszano na końcu wsi.
Opanowany sołtys wsi podszedł do sfrustrowanego Amerykańca i rzekł: „Sąsiedzie, niech cię licho weźmie”. Jakież było zdumienie mieszkańców, gdy nazajutrz zniknął Amerykaniec. Licho zabrało go do swojej drugiej ojczyzny, gdzie jak głosi fama mają go po dziurki w nosie.
luty 5, 2007 at 1:02 am
Nice!
luty 5, 2007 at 1:02 am
Nice !
luty 5, 2007 at 1:03 am
very nice log !
luty 5, 2007 at 1:07 am
niceweblog !