Mój dzień

styczeń 3, 2007

Rano wstałam do pracy. Od samego początku dziwnie sięczułam. Targały mną nudności, ale zebrałam się i poszłam do Agencji Reklamowej.Jak co dzień jechałam komunikacją miejską. Warszawa o tej porze jest pełnakorków. W dodatku coraz gorzej się czułam. Obok mnie siedziała starsza pani. Wpewnej chwili wyjęła swoją sztuczną szczękę i zaczęła przecierać ją chusteczkątłumacząc mi, że jej wpadło między zęby kruche ciasteczko. Tego już było zawiele. Moje mdłości sięgnęły zenitu. Dwa pozostałe przystanki do pracypokonałam na piechotę. Idąc śródmieściem zobaczyłam sklep z oknami PCV.Od razu pomyślałam, że czas najwyższy wymienić okna w moim mieszkaniu. Drzwirównież.

Praca dziś nie szła mi najlepiej. Najpierw nie mogłamwłączyć komputera. Gdy przyszedł informatyk to stwierdził, że padła płytagłówna i dziś musze sobie radzić bez nowej technologii. Ponieważ dalej źle sięczułam i otwarte okno nic mi nie pomogło postanowiłam wziąć wolne i iść dolekarza.

Tam z kolei dowiedziałam się, że przyczyną moich mdłości niejest wczorajszy barszczyk, ani przedwczorajszy bigos, ale grypa żołądkowa. I todopiero same początki tej choroby. Chcąc nie chcąc odwołałam dzisiejsze lekcjetańca i jogi. Mimo iż do szkoły mam jedną przecznicę. Wróciłam do domu,położyłam się na kanapie i wzięłam najnowszy numer magazynu Kuchnie świata.Potem zaczęłam czytać gazetę People. Dobrze, że znam doskonale język angielski.Dzięki niemu mogę czytać ciekawe artykuły zagraniczne nie czekając, aż jełaskawie ktoś przetłumaczy.

W gazecie znalazłam ofertę nowej komedii romantycznej.Postanowiłam od razu, że jak tylko ukaże się w kinie, to na nią pójdę. W tejsamej gazecie  znalazłam ciekawe danestatystyczne dotyczące uzależnienia od telewizora. Rzeczywiście takich sondażysię nie spodziewałam.

Czekam na dalszy rozwój mojej grypy. Wyczytałam, że ciężko się japrzechodzi i trzeba spożywać jedynie dietetyczne dania. A ja tak miałam ochotęna łososia z grilla. No cóż musze odczekać parę dni. 

Kilka lat temu skorzystał z oferty pracy i wyjechał za granicę. Nie znał żadnego obcego języka. Biegle natomiast posługiwał się „podwórkową łaciną”. To mu wystarczyło! Pomiatany w Polsce, nagle stał się wielkim Amerykaninem. Dwa razy w roku odwiedzał rodzinny kraj. Czasami Polacy odczuwają nostalgię za ojczyzną i stolicą. Chciał nawet zdobyć kobietę życia, koniecznie Polkę. Nie bardzo podobało mu się życie Amerykanek. A on miał wpojone pewne zasady. Praktycznie poszukiwał kury domowej, a nie żony. Był zwolennikiem rodzimej kuchni. Nieraz w Ameryce marzył o polskim bigosie, schaboszczaku, czy makowcu. Nawet w agencji towarzyskiej w Warszawie nie znalazł odpowiedniej dla siebie kandydatki. Swój zapał i pieniądze postanowił ulokować w budowie wymarzonego, własnego domku. I tu kuźwa (jego ulubione powiedzonko) zaczęły się mnożyć problemy. Trzeba było sąsiadowi skrócić działkę, by móc postawić swój dom. Nie pierwszy raz przekonał się, że pieniądze mają zbawczą moc. Z wielką pompą zatrudnił pracowników przy budowie domu. Nie byli to wykwalifikowani robotnicy. Tacy nie pozwoliliby sobą pomiatać. A on musiał wszystkim udowadniać, jaki z niego wielki pan. Szykanom i wyzwiskom nie było końca. Nawet przez zamknięte drzwi i okna sąsiedzi Amerykańca wysłuchiwali jego nieokrzesanego języka. Do budowy domu zwoził tylko reklamowane produkty. A co! Niech sąsiedzi wiedzą z kim mają do czynienia. Widać było, że robotnicy tańczyli, jak im zagrał. Suto serwowane piwo rozwiązywało niecodzienny język Amerykańca. Dom wyrastał w żółwim tempie. Amerykaniec w tajemnicy przed robotnikami wczytywał się w różne porady i książki. Chciał zabłysnąć wiedzą. Wieczorami włączał swój komputer i drżącymi rękoma wystukiwał koszty podatków. Swoje zdumienie okazywał amerykańsko-polską łaciną podwórkową i fruwającymi butelkami po piwie.
Wreszcie zamieszkał w wymarzonym domku. Pewnego dnia silna wichura zerwała dach jego domu (zapomniano przykręcić blachę), a krzywo wprawione okna spadały na podwórko sąsiadowi z głośnym brzdękiem tłuczonego szkła. Zawalił się nawet murek podpierający taras. Skacowany Amerykaniec w samych slipkach wybiegł przed dom. Jego pomstowanie słyszano na końcu wsi.
Opanowany sołtys wsi podszedł do sfrustrowanego Amerykańca i rzekł: „Sąsiedzie, niech cię licho weźmie”. Jakież było zdumienie mieszkańców, gdy nazajutrz zniknął Amerykaniec. Licho zabrało go do swojej drugiej ojczyzny, gdzie jak głosi fama mają go po dziurki w nosie.    

Polacy

wrzesień 19, 2006

Świat się zmienia i Polacy podążają z duchem czasu. Dziś np.na jednej wiejskiej ulicy na 20 domów  -13 ma komputery z czego 10 jest podłączona do Internetu.

Budując domy Polacy wykorzystują najlepsze na rynkumateriały. Oto przykład:  tutajdrewniane okna zjadane przez korniki odchodzą w niepamięć. W ich miejscemontuje się okna PCV, praktyczne i co najważniejsze szczelne. 

Obecnie dzieci i młodzież uczy się obowiązkowo choć jednegojęzyka. Najczęściej to angielski i niemiecki. W miastach organizowane są licznekursy językowe na różnym poziomie.

Coraz więcej ludzi emigruje do innych krajów w poszukiwaniulepszego życia, Internet, media i gazety dostarczają setki ofert pracy zagranicą.

Może to dziwne, ale wraz z postępem techniki Polacyzamieniają papier i długopis na klawiaturę komputera i oprogramowanie.

W Internecie coraz częściej przeprowadzane są różnegorodzaju sondaże i ankiety, a już niedługo będziemy głosować drogą elektronicznąi nie trzeba będzie wychodzić z domu.

Jeszcze trochę i człowiek stanie się więźniem komunikacjiwirtualnej dzięki różnego typu komunikatorom